– Idzie pan? – zapytał gość stojący za mną.

Ruszyłem. Smród był taki, jakby ktoś śmietnik na peronie podpalił. Spojrzałem na telefon, aplikacja informująca o jakości powietrza świeciła na bordowo. 1300-1400 procent normy. Polskiej normy, zawyżonej względem tego, co ma reszta Europy. Oni by tam już ogłosili masowe wymieranie gatunków, my tu trwamy, bo wstaliśmy z kolan.

Przechodząc przez galerię handlową, zobaczyłem sklep, na wystawie maski antysmogowe. Wszedłem do środka.

– Idą dziś jak świeże bułki – zatarł ręce sprzedawca i podał mi krawiecki centymetr. – Niech pan sobie głowę zmierzy. I od nasady noska do brody.

„Noska” – naprawdę tak mi powiedział.

Na ladzie wyłożył maski. Kilkanaście wzorów i kolorów.

– Jakie sobie pan życzy. Coś kolorowego czy raczej stonowana klasyka? Najlepiej dobrać do szalika. O, te w trójkąty idą najlepiej. Takie żywe, radosne. Kilka mam kupiło swoim pociechom. Te z paszczą i zębami odradzam. Niby zabawna, ale proszę sobie wyobrazić, że wchodzi pan w tym do autobusu. Dzieci i staruszki w płacz.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej