Chcę wyprzedać trochę rzeczy z domu. Idę na pobliski bazar. Tam, gdzie panowie i panie handlują towarem wyłożonym na gazecie, tekturze, czasem gołej ziemi. Z flaszeczką lub bez stoją tu od zawsze. Budzą niezadowolenie przechodniów: „Ponoć jakieś orgie tam odchodzą. Nikt tam nawet nie postawił łazienki, więc wystawcy chodzą się załatwiać pod okoliczne drzewo. Uschło. A piękne było, największe w okolicy”. Stoją też emeryci i renciści, i tacy, co chcą po prostu dorobić. Wyprzedają domowy dobytek, znaleziska ze śmietników, łupy z Allegro, prezenty od znajomych. Pytam, czy mogłabym się koło nich rozłożyć. Czy w ogóle da się tak zarobić? I czym na warszawskim Wolumenie najlepiej handlować?

Kabelki, pluszaki i prodiż

Dzieci wyjechały, nagromadziłam draństwa dużo i się teraz tego pozbywam. Przed świętami, po świętach, nieważne kiedy, tu się handluje wszystkim, co się akurat trafi. Rozkładamy się z mężem we wtorki, piątki i niedzielę. Dorabiamy do emerytur. W tym biznesie nie ma słupków i wykresów – ile się zarobi, tyle się zarobi, a dla emeryta i 20 złotych to dużo. Miesięcznie czasem wychodzi 700 złotych, czasem 2700. Ale jeśli pani na etacie, to nie ma co rzucać roboty i tu przychodzić. Urobi się pani.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej