Chcę wyprzedać trochę rzeczy z domu. Idę na pobliski bazar. Tam, gdzie panowie i panie handlują towarem wyłożonym na gazecie, tekturze, czasem gołej ziemi. Z flaszeczką lub bez stoją tu od zawsze. Budzą niezadowolenie przechodniów: „Ponoć jakieś orgie tam odchodzą. Nikt tam nawet nie postawił łazienki, więc wystawcy chodzą się załatwiać pod okoliczne drzewo. Uschło. A piękne było, największe w okolicy”. Stoją też emeryci i renciści, i tacy, co chcą po prostu dorobić.

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej