Jeśli nie wkraczałem na pokaz premierowy nowego filmu Paolo Sorrentino w stanie największej ekstazy, to jedynie aby nie epatować zgromadzonej licznie publiczności. Moja wstrzemięźliwość była wystudiowana, a emocje skryte pod woskową maską zblazowanego kinomana, który obejrzał już w zasadzie wszystko. Choć przyznaję, iż towarzyszyła mi także lekka obawa, czy dzieło o Silvio Berlusconim, nawet najambitniejsze artystycznie, może wywołać u mnie tak bezapelacyjne zachwyty jak „Wielkie piękno” tego reżysera. Giulio Andreottim, także fabuły poświęconej ikonicznej postaci włoskiej polityki.

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej