Jeśli nie wkraczałem na pokaz premierowy nowego filmu Paolo Sorrentino w stanie największej ekstazy, to jedynie aby nie epatować zgromadzonej licznie publiczności. Moja wstrzemięźliwość była wystudiowana, a emocje skryte pod woskową maską zblazowanego kinomana, który obejrzał już w zasadzie wszystko. Choć przyznaję, iż towarzyszyła mi także lekka obawa, czy dzieło o Silvio Berlusconim, nawet najambitniejsze artystycznie, może wywołać u mnie tak bezapelacyjne zachwyty jak „Wielkie piękno” tego reżysera. Mój niepokój potęgował również w niejakiej mierze wstyd – nie widziałem jego „Boskiego” o Giulio Andreottim, także fabuły poświęconej ikonicznej postaci włoskiej polityki.

Kiedy ogląda się rzecz obłędnie tak doskonałą jak „Wielkie piękno”, natychmiast przychodzi strach, że przeżyło się właśnie najlepszy moment swego życia i od teraz będzie tylko gorzej, a podobnego olśnienia nie da się doświadczyć już nigdy.

Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej