Odstawił filiżankę z kawą.

– Pomożesz? – zapytał, patrząc mi w oczy.

– W czym?

– Żeby ludzie, którzy mówią prawdę o tym, co stało się 10 marca 1944 roku w Sahryniu, nie byli prześladowani.

– Ale co konkretnie miałbym zrobić?

– Sprawić, by to, co wtedy się stało, a co zaplanował twój dziadek, wreszcie zostało nazwane po imieniu.

– Czyli?

– Zbrodnią przeciwko ludzkości – powiedział Piotr Tyma, prezes Związku Ukraińców w Polsce.

Należy popełnić mniejsze zło

Piotra Tymę poznałem ponad dwa lata temu, pracując nad reportażem o moim dziadku.

Kilka miesięcy wcześniej o dziadku wiedziałem tyle, że był jednym z dowódców AK, wręcz legendarnym na Lubelszczyźnie, po wojnie się ukrywał, złapali go, miał proces.

Przypadkowo, w trakcie audycji na żywo, powiedziano mi, że dziadek ma też na koncie ponurą kartę. Poszedłem śladem i tak dowiedziałem się o Sahryniu. Największej, nie tylko na Lubelszczyźnie, AK-owskiej „akcji terrorystycznej” przeciwko Ukraińcom. Jak się okazało, jej pomysłodawcą był dziadek. A jej głównym motywem, co sam napisał, w spisanych po wojnie wspomnieniach, zabicie jak największej liczby Ukraińców. Również cywilów. Żeby przestraszyć innych. A w rezultacie, żeby na Lubelszczyźnie nie powtórzyło się to, co na Wołyniu.

Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej