– A to nie on powinien upiec dla pani? Skoro szef kuchni.

– On nie mógł tego zrobić. Zanim wyjaśnię, zacznijmy od tego…

– Może zacznę ja, ja jako kierowca – wtrąca się mąż. – Odbyliśmy z naszymi małymi dziećmi, Helenką i Czesławem, podróż po obu Amerykach. 340 dni samochodem. Zupełnie bez planu, z południa Południowej na północ Północnej. Motel w USA, namiot na dachu auta czy speluna z ogromnymi karaluchami w Salwadorze – codziennie w nieznane. Tym samym samochodem dojechaliśmy do Hondurasu, gdzie jest naprawdę ciężko i biednie, a kilka tygodni później do Las Vegas. W tych samych podartych spodniach. Zryło nam to czachę, bo świat jest i bardzo kolorowy, i trochę do dupy. A już Las Vegas to takie wcielenie piekła…

Na bazarach, na ulicach i w najlepszych restauracjach – dodaje żona – szukaliśmy inspiracji do dań i nieznanych u nas smaków. Gdziekolwiek jestem na świecie, wchodzę do różnych kuchni, pytam, czy mogę podpatrzyć albo pogotować. Staramy się potem tymi potrawami w naszej knajpie opowiadać świat.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej