W snach ojciec czasem pije i krzyczy, tak jak za życia. Andrzej budzi się i jeszcze słyszy echo jego przekleństw. A czasem przychodzi tylko poklepać go po ramieniu: „Zrobiłeś, co zrobiłeś. Nie przejmuj się”.

Raz pojawia się z roztrzaskaną głową, jakby się ocknął po bójce. „Kto mnie tak urządził. Jak ja się tylko dowiem, to gnaty powyrywam” – krzyczy. „Tato, to ja”. „Coś ty narobił, Andrzej, coś ty narobił?” – mówi, a tak jest zdziwiony, jakby w to w ogóle nie wierzył.

Innym razem przychodzi do mieszkania z walizkami, jak po długiej podróży. Andrzej przygotowuje mu kolację. „Dobrze, że już jesteś. Rozpakuj się, odpocznij” – mówi do ojca. „Nie mogę. Tu nie ma dla mnie miejsca. Muszę ruszać dalej”.

Andrzej budzi się z płaczem.

Czasem idzie na grób. Zwłaszcza jeśli to święto.

Świąt nie będzie

Trzy lata temu był właśnie dzień przed Wielkanocą. Stara kamienica w Mysłakowicach, 4,5-tysięcznej wsi koło Jeleniej Góry, znanej z zakładów lniarskich Orzeł. Fabrykę widać z niewielkich okien na poddaszu, gdzie mieszka 29-letni Andrzej z matką i ojcem.

Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej