Zamiast pomaszerować w marszu narodowców i tam krzyczeć „Polska!”, wybrałem się dziarskim krokiem do Muzeum Narodowego na wystawę „Krzycząc: Polska!”. Pomaszerowałem, aby upoić się polską sztuką, osobliwie malarstwem z epoki, kiedy Polska odzyskiwała niepodległość, a nawet już niepodległa była. Jestem wielkim admiratorem malarstwa, zawsze miałem za to zasadniczy problem z performance’ami, instalacjami oraz „działaniami artystycznymi”. Tutaj jestem zajadłą konserwą – płótno i farba to jest to, co mnie przejmuje, nad czym rozmyślam, żadne performance zaś mnie do głębokiego namysłu nie skłaniają, nawet zbiorowe maszerowanie, które też jest przecież formą sztuki wizualnej.

Daję tu sprawozdanie z wyprawy do Muzeum Narodowego z przykrym opóźnieniem, jako że najwyższe władze partyjne i państwowe, ogłaszając z zaskoczenia dzień świąteczny w poświąteczny poniedziałek, zarazem wycięły jeden numer „Gazety”, a co za tym idzie „Dużego Formatu”. Mocą decyzji państwowej gwałtownie zostałem pozbawiony pracy, zarobku i przymusowo odesłany na wypoczynek. Moje wzburzenie ukoiła dopiero kontemplacja malarstwa oraz rzeźb, dokładniej pewnego pomnika, o czym za chwilę.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej