Jedziemy szosą Allona, doliną, którą Arabowie nazywają Doliną Złodziei. Jehuda chce mi pokazać otoczone zielenią oczka wodne, gdyż – mówi – to ilustracja kolejnego sposobu, jak wykiwać Palestyńczyków.

Źródła to dwa niewielkie stawy, ujęte utwardzonymi brzegami, obrośnięte wysoką trzciną. Trochę skał i kamieni, drzewa oliwkowe, kilka prostych stolików i ław, ślady po ogniskach, wydeptane w trawach ścieżki, kosz na śmieci. Słowem – wymarzone miejsce na piknik, co widać na pierwszy rzut oka, grają cykady i skaczą polne koniki. Szutrowa droga prowadzi do osiedla Halamisz; jego założycielem był w 1977 roku Meir Segal, człowiek – tak o nim piszą – wielkiej wiary, który nad życie ukochał Erec Israel. Po drugiej stronie szosy jest palestyńska wioska Nabi Salih. Sąsiedztwo obu miejscowości wyznacza sytuację wokół źródeł.

– W okolicy znaleziono ruiny – mówi Jehuda. – Rozpoczęto wykopaliska na ziemi należącej do Palestyńczyków. Ale było mało, więc źródła uznano za cud natury i otoczono specjalną opieką. Kto się obruszy, że na Zachodnim Brzegu, gdzie woda jest prawdziwym skarbem, ekologia ma szczególne priorytety? Co to ma wspólnego z polityką i z okupacją? Arabskie pola wysychają, osiedlowe uprawy mają jej dość, ale to już inna historia. To i co się dziwić, że Palestyńczycy się burzą?

Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej