Jan Bińczycki: Napisałaś książkę o depresji. Czytając „Psy ras drobnych”, na zmianę tonąłem w smutku i zaśmiewałem się do łez. Mam wyrzuty sumienia, bo nie wiem, czy wypada śmiać się w trakcie takiej lektury.

Olga Hund: W tym śmiechu jest dużo mnie. A w zasadzie to, co zostało, bo w czasie pracy stopniowo usuwałam się z pierwszego planu. Pierwsza wersja to byłam „ja, ja, ja”, książka o mnie. Chciałam wrzucić wszystko, co myślę. Nie chciałam wpychać przypadkowym osobom wszystkiego, co mam do powiedzenia. Teraz to książka o systemowej opresji, z czego bardzo się cieszę.

Nie chciałam też pokazywać depresji przez żyły, krew, chlastanie się. Osoby nią dotknięte też mają poczucie humoru. I w szpitalach jest mnóstwo śmiesznych sytuacji. Pisanie o szpitalnym oddziale psychiatrycznym bez pokazania instytucjonalnego absurdu i żartów, które pacjentki robią sobie nawzajem, byłoby hipokryzją.

Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej