Prezydent, który ciągle się uczy, ogłosił tuż przed setną rocznicą niepodległości, że jest zainteresowany prawem o zakazie „propagandy homoseksualnej”. „Jeśli taka ustawa by powstała – powiedział „Naszemu Dziennikowi” – i byłaby dobrze napisana, nie wykluczam, że podszedłbym do niej poważnie”. I dodał: „Taka propaganda nie powinna mieć miejsca w szkołach”.

Machnąć ręką na tę gadaninę? Zgodzić się, że prezydent jest szczery tylko wtedy, kiedy klęczy? Że rządzi nim strach przed prezesem? Czekać, aż za notoryczny gwałt na konstytucji (niestety nie za to, co plecie) zostanie kiedyś sprawiedliwie osądzony?

Zignorowanie tych słów byłoby przyzwoleniem na nienawiść. Na prezydenta, który afirmuje homofobię. Na cierpienie tysięcy nastolatek i nastolatków, którzy z powodu swojej orientacji seksualnej codziennie boją się wejść do szkoły, boją się koleżanek, kolegów i nauczycieli.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej