Nigdy żadne horrory cię tak nie przerażą, żadne kryminały tak tobą nie wstrząsną, a żadne pornosy tak nie zniesmaczą jak porządny serial polityczny. Czymże bowiem są potwory i mutanty, czymże straszliwe morderstwa i szatańskie perwersje w porównaniu z działaniami ludzi mieniących się politykami?

Jeśli kto sądzi, że zabieram się do pisania o najnowszym i zarazem ostatnim sezonie serialu „House of Cards”, ten ma absolutną rację, niestety.

Przez pięć lat śledziłem lojalnie dzieje małżeństwa Underwoodów, opowieść o nieznającym granic manipulacji zbrodniczym Franku i jego zimniejszej niż Królowa Śniegu żonie Claire. Śledziłem zajadle wszystkie ich machinacje i życzyłem im straszliwej klęski, okrutnej śmierci, a przynajmniej wieloletniego więzienia, czekając cierpliwie, aż sprawiedliwość ich dopadnie, aż los się wypełni. Nie wpadłem jednak na to, że można ukarać ich, kręcąc tak cudaczny sezon finałowy, który unieważnia cały trud wkładany przez aktorów w granie, a nade wszystko trud nas, widzów, czyli wyborców, w śledzenie tej opowieści. Bo czymże jest oglądanie filmów, jak nie głosowaniem na aktorów, scenarzystów, reżyserów, kimże my, widzowie, jesteśmy, jak nie elektoratem artystów?

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej