Żuczku, a gdzie ja mam golf, ten wiesz który? – woła i biegnie do drugiego pokoju.

 – A, jest! Jest! A żuczku, a gdzie są moje spodnie? – pyta po chwili.

Poznaliśmy się wiele lat temu. Po tekstach, które publikowałem w „Stołecznej” o jednym z pierwszych marszów, wysłał mi emocjonalnego i oskarżającego maila. Nie podobało mu się to, jak piszę o narodowcach. Potem wymienialiśmy się wiadomościami jeszcze wiele razy, emocje raz opadały, raz rosły. A dzisiaj postanowiłem się z nim spotkać.

Zaraz znów jedzie na Marsz Niepodległości. Był na wszystkich poprzednich, ale ten, wiadomo, będzie wyjątkowy – setna rocznica odzyskania niepodległości. Siedzę w kuchni i patrzę, jak w pośpiechu i ekscytacji pakuje plecak, składa flagę i proporzec. I rozmawiamy.

Święta ziemia

Nie mogę zdradzić, jak się nazywa, żadnych szczegółów, bo będzie miał przekichane. Mam go przedstawić tak: prawicowiec w średnim wieku, wyższe wykształcenie, z rodziny o bogatej tradycji patriotycznej. Jego przodkowie i krewni walczyli i ginęli na wojnie, w powstaniu, w antykomunistycznej partyzantce. Pokazuje mi mały flakonik z ziemią.

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej