Kiedy chiński prezes płacze przy stole

Z Bartoszem Ziółkiem, prezesem firmy Amber Global Consulting, zajmującej się wprowadzaniem europejskich produktów na chiński rynek, rozmawia Marta Szarejko

O której wstajesz?

– O piątej rano, czyli chwilę przed południem w Chinach. Czas jedzenia posiłku jest dla Chińczyków święty i łatwiej pewne sprawy ustalić przed nim. Potem planują już właściwie kolejny dzień. No i śpią – przerwa obiadowa polega na tym, że posiłek trwa pół godziny, a potem wszyscy się kładą.

Gdzie?

– W fabrykach na podłodze, w biurach na biurkach. Zwykle na jakieś 90 minut, przerwa kończy się koło 14.00. Mam w Chinach pracownika, który dysponuje całym zestawem do spania: nakładką na oczy, słuchawkami wygłuszającymi, poduszką w kształcie Hello Kitty.

Co robisz przed ich drzemką?

– Zaczynam dzień od wysłuchania nagranych wiadomości na WeChacie. W Chinach ludzie już prawie nie rozmawiają przez telefon, tylko nagrywają sobie wiadomości. Dzięki temu mówią bardziej precyzyjnie, więc komunikacja rzeczywiście jest skuteczniejsza. Odsłuchuję jakieś 20 minut, a potem nagrywam odpowiedzi.

W jakim języku?

– Angielskim, polskim, rzadziej chińskim.

Potem kończy się moja azjatycka codzienność, jest mniej więcej siódma rano i zaczynam polskie życie.

A skąd ci się wzięły te Chiny?

– Dziesięć lat temu zorientowaliśmy się, że Polska jest jednym z największych producentów żywności w Europie Środkowej, a Chiny jednym z największych odbiorców. Jednocześnie Chińczycy, których spotykałem, nic nie wiedzieli o Polsce, myśleli, że jest mniejsza od Belgii. Postanowiliśmy założyć firmę i eksportować żywność, która zniesie trudy dalekiej podróży.

Ale najpierw zbudowaliście restaurację w Foshanie.

– To był koszmarny, ale jednocześnie niezbędny pomysł, bo restauracja jest tak blisko ludzi, jak się tylko da. Ofertą jest menu, sprzedawca spędza mnóstwo czasu z odbiorcą. Ta restauracja była dla nas laboratorium różnic w codziennym zarządzaniu biznesem. Rzeczy, o których myśleliśmy, że będą trudne, okazały się łatwe – na przykład sama budowa restauracji, bo chińscy robotnicy byli nad wyraz profesjonalni. Z drugiej strony to, czego byliśmy pewni, czyli polscy pracownicy, których zabieramy, okazało się największą trudnością.

Dlaczego?

– Bo ludzie różnie reagują na zderzenie z inną kulturą. To olbrzymi stres i każdy go obsługuje inaczej, widzę to po klientach, z którymi lecę tam pierwszy raz. Powszechną techniką radzenia sobie z tym stresem jest oczywiście alkohol, ale mimo to wielu ludzi w pierwszym kontakcie z Azją jest przerażonych tak, że kompletnie nie rozumie kontekstów.

I nie tylko ma poczucie wyalienowania, ale też zagrożenia. Oni po prostu się boją, czują, że jest to dla nich niebezpieczne na poziomie fizycznym i psychicznym. Odmawiają na przykład przyjmowania chińskiego imienia i upierają się, żeby mówić do nich Przemysław albo inny Radosław, co dla Chińczyków jest dość trudne do wypowiedzenia i prawie niemożliwe do zapamiętania.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej