Mała wieś na Mazurach. Dziewięcioletnia Beata z całą rodziną jedzie wozem konnym. Po minach rodziców dziewczynka domyśla się, że to musi być ważny dzień. Rozmawiają o pierwszych wyborach w wolnej Polsce. Potem cała wioska świętuje trzy dni. Piją, biesiadują, tańczą.

Tak było w 1989 roku.

Dwa tygodnie temu w pierwszej turze wyborów samorządowych w gminie Kowale Oleckie odnotowano najniższą frekwencję w kraju. Do wyborów poszło 32 procent uprawnionych, czyli blisko 1300 osób. W wyborach na wójta startował tylko jeden kandydat. Funkcję sprawuje od 2014 roku. To mężczyzna, lat 51. Wcześniej był radnym powiatu oleckiego. W 2010 do rady startował z komitetu PSL-u. Jest bezpartyjny i, jak mówi, nigdy nie zapisze się do żadnej partii. Źle by się czuł, gdyby ktoś mówił z góry, co ma mówić, sądzić i myśleć. Z polityków szanuje Włodzimierza Cimoszewicza. Największa wartość? – Praca, praca i jeszcze raz praca.

Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej