Był oficjalny, a pod spodem – jeśli oczywiście głos może mieć swój spód – smutny.

– Nie zajmuję się tłumaczeniami na zlecenie, przekładam książki – odparł głos. – A do tego umiera mój kot, więc pan pozwoli, że skończę rozmowę.

Często nie panuję nad sobą i reakcje mam nieadekwatne do sytuacji.

– Kotek? – upewniłem się. – Ja też mam kota, nazywa się Holka, na cześć języka czeskiego. A jak pani kot ma na imię?

Głos chwilę się wahał.

– Matysek.

– A to chętnie bym poznał pani kota, póki jeszcze żyje.

Wyczerpałeś już limit bezpłatnych artykułów w tym miesiącu

Bądź na bieżąco - kup cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych
i wszystkich magazynów Wyborczej