Był oficjalny, a pod spodem – jeśli oczywiście głos może mieć swój spód – smutny.

– Nie zajmuję się tłumaczeniami na zlecenie, przekładam książki – odparł głos. – A do tego umiera mój kot, więc pan pozwoli, że skończę rozmowę.

Często nie panuję nad sobą i reakcje mam nieadekwatne do sytuacji.

– Kotek? – upewniłem się. – Ja też mam kota, nazywa się Holka, na cześć języka czeskiego. A jak pani kot ma na imię?

Głos chwilę się wahał.

– Matysek.

– A to chętnie bym poznał pani kota, póki jeszcze żyje.

Teraz, kiedy z właścicielką głosu przyjaźnimy się 15 lat, domyślam się, że forma, której hołdowała w życiu, kazała jej zakwalifikować moje zachowanie do kategorii „bezczelne”. Ale jednocześnie do podkategorii „frapujące”.

– Proszę przyjechać – powiedziała zrezygnowanym tonem. – I niech pan nie zapomni tych dwóch stron do tłumaczenia.

Poznałem Matyska, który umarł trzy dni później. Tekst był gotowy następnego dnia. Pani Stachová nie chciała za tłumaczenie pieniędzy. Powiedziała, że jest zadowolona, że się czymś w tym czasie zajmowała, i niczego nie oczekuje. Spytałem, czy mogę przywieźć jej w prezencie książki z Polski. Nie ma potrzeby, dostaje od wydawnictw. Mimo to przywiozłem i wprosiłem się ponownie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej