Srogo zbesztany przez profesora Bralczyka za to, że moje felietony są nazbyt entuzjastyczne, a za mało krytyczne, z trwogą przystępuję do wychwalania filmu Marka Koterskiego „7 uczuć”. Z trwogą, lecz i desperacją, mimo iż profesor Bralczyk, co prawda w okolicznościach prywatnych, ale jednak w przytomności świadków, poradził mi, abym felietony zjadliwe pisał zdecydowanie bardziej zjadliwie, zaś pochwalne – zdecydowanie mniej pochwalnie. Ten znakomity językoznawca, a zarazem wytrawny felietonista, między innymi miesięcznika myśliwsko-przyrodniczego „Łowiec Polski”, wskazał na moją największą ułomność: jestem nazbyt przychylny i wybaczający, w ten oto sposób zaprzeczając poniekąd całej istocie felietonistyki.

A jednak z samobójczą skłonnością przystępuję do entuzjastycznego omawiania filmu Koterskiego, nawet mimo że sam reżyser usiłował swoje dzieło w pewnym momencie zabić z premedytacją, dokonać na nim w zasadzie mordu rytualnego – historia zna przypadki artystów, którzy chcieli swoje dzieła zniszczyć, a przynajmniej pognębić, Koterski w zupełnym zaślepieniu wkroczył na tę drogę. Mój nadmiernie dobry charakter sprawia jednak, że wybaczam mu nawet takie zbrodnie, zdając sobie przy tym sprawę, że w ten oto sposób lekceważę postulaty profesora Bralczyka.

Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej