Przez większą część roku mama była zdrowa. Jej choroba wracała mniej więcej z końcem lata. Mama miała w sobie dużo niepewności, więc kiedy bawiliśmy się z innymi dziećmi w parku, często ulegała wpływowi innych matek. Zawsze mieliśmy robić to, co chciały one, a nigdy to, co chciała ona. A dokładnie to mama nigdy nie wiedziała, czego chce, ani nie respektowała tego, co chciałem ja. Było to nie do wytrzymania.

Po każdym powrocie ze szpitala była dla mnie mniej zrozumiała i bardziej obca. Wyglądała wprawdzie normalnie, miała nawet odprasowaną sukienkę i naprawdę z wielkim oddaniem zaczynała sprzątać mieszkanie, robić zakupy i gotować. Tylko że nie brała mnie na ręce, nie obejmowała, nie całowała. Dbała o mnie – wiązała sznurówki, myła głowę, obcinała paznokcie. Starałem się najbardziej, jak mogłem, żeby jej te czynności utrudnić.

Dopiero teraz widzę całą tę grozę, którą musiała w latach 70. przeżywać, kiedy nie była w domu. Elektrowstrząsy, neuroleptyki, egzystencja w pustych celach, na metalowych łóżkach. Właściwie to niezwykłe, że była w stanie wrócić i dalej normalnie żyć.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej