Jak z tym żyję? Kiedy gdzieś jadę, nie jem. Nie biegam. Gdy inni imprezują, tylko patrzę. Nie dźwigam zakupów. Co najwyżej dwie wody wniosę do domu. Nie jeżdżę na wakacje. Zawsze obliczam odległość do toalety. W torebce noszę trzy pary majtek i getry. Pierwszy posiłek jem o 18. Od tamtego momentu schudłam 40 kilogramów.

Koniec września 2013 roku. Ciepły wieczór. Wszyscy już spali. 33-letnia Wiktoria zmierzyła córce cukier. Przyniosła do kuchni spakowaną torbę, w środku: piżama, klapki, ręcznik i mydło. Mąż drzemał, przykucnęła przy łóżku. „Rodzisz czy nie?” – spytał zaspany. Za chwilę odeszły jej wody. Zadzwoniła po sąsiada, bo nie mają własnego samochodu. Mąż został z córkami. Zaparzył kawę.

Taki poród mi się podoba

Wiktoria: – O 23 byliśmy na izbie przyjęć w Chełmnie. Skurcze co chwilę. Czułam, że to już, a tam jeszcze formalności. Rzuciłam dowód na biurko recepcjonistki. Nacisnęłam dzwonek. Położna zaprowadziła mnie na salę. „Który poród? Czwarty? Proszę się rozebrać i położyć” – uspokajała i poszła po dokumentację.

Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej