Istnieje niemal powszechne przekonanie, że artyści nie powinni się wypowiadać o polityce, albowiem zupełnie inna jest ich rola – dostarczać rozrywki, budzić wzruszenia, pomagać w rozwoju duchowym, tworzyć drogi ucieczki od zgrozy codziennego życia. Polityką zajmować się powinni ludzie poważniejsi; wiadomo, że jak artysta coś powie o polityce, to będzie bzdura sześcienna, brednie wypowiadane przez polityków nie są tak postponowane jak komentarze o polityce czynione przez – dajmy na to – pisarzy. Pamiętne marcowe hasło „Pisarze do piór” zdaje się nieśmiertelne, a i samym pisarzom wygodniej milczeć w kwestiach fundamentalnych, względnie mogą mówić, że każda opcja polityczna jest im wstrętna w stopniu najwyższym. Są jednak momenty, są sytuacje graniczne, gdy milczeć nie można, tak przecież było, gdy żywy pomnik literatury światowej Tomasz Mann wystąpił przeciw faszyzmowi.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej