Jeśli „Kler” Wojtka Smarzowskiego nie jest najbardziej oczekiwanym filmem roku, to znaczy, że w ogóle nie ma żadnych oczekiwanych filmów, jeśli „Kleru” cały naród nie mógł się doczekać, to znaczy, iż naród już na nic nie czeka, ze zbawieniem i życiem wiecznym włącznie. Ja sam w nieopanowanym dygocie się od dawna znajdowałem, wyczekując, aż dane mi będzie „Kler” obejrzeć i dygot kinomana ukoić. Cóż z tego – „Kler” zobaczyłem przedpremierowo, a dygot nie tyle ustał, ile zamienił się w nerwową ciekawość, jakie będą dalsze losy tego filmu.

Są dzieła sztuki, które ponad wszystko inne wyrastają, nie tylko z powodów artystycznych, ale i wszelkich innych, przechodząc do historii kultury narodowej. „Kler” Smarzowskiego właśnie wkroczył z rozmachem do panteonu polskich dzieł narodowych.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Smarzowski o "Klerze" i grzechach Kościoła. "Księża w Polsce są poza prawem, choć różnią się od nas tylko sutanną"

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej