Czteropiętrowy blok przy ulicy Bolesławieckiej, parę kilometrów od samego centrum Wrocławia. Nie byłem umówiony, a kobieta, z którą chciałem się spotkać, może nie być zadowolona z odwiedzin. W takich sytuacjach lepiej nie zapowiadać się telefonicznie, choć numer telefonu komórkowego do Doroty P. miałem. Pierwszą przeszkodą był domofon. Metody mogą być dwie: albo przycisk do sąsiada i próba wejścia na listonosza, albo równie skuteczny scyzoryk. Jak było w tym przypadku, opisywać nie będę. W każdym razie pierwsza przeszkoda została pokonana. Numer 26 wskazywał na drugie piętro, w bloku była winda. Niestety po wyjściu z niej czekał kolejny domofon, ale i on nie stanowił większego problemu. Kilka kroków i staję pod drzwiami z poszukiwanym numerem. Pytanie, czy ktokolwiek jest w domu. Dzwonek jeden, drugi, nic. Kilka silniejszych stuknięć. Też nic. Kiedy już odchodziłem, drzwi mieszkania zaczęły powoli się uchylać. Wyłoniła się zza nich starsza, tęga kobieta w piżamie. Widok o tyle dziwny, że był środek dnia.

– Szukam pani Doroty P. Grzegorz Głuszak – przedstawiłem się, nie tłumacząc, kim jestem ani co mnie sprowadza, aby drzwi nie zamknęły się przed moim nosem.

Kobieta zaprosiła mnie do środka, tłumacząc swój wygląd i ubiór chorobą.

Już po wejściu do domu, kiedy drzwi zamknęły się od wewnątrz, powiedziałem, co mnie do niej sprowadza, choć uciekłem się do pewnego fortelu. Sądziłem, że może nie chcieć rozmawiać o Tomku i jego rodzinie, ale wiedziałem także, kogo z kręgu osób związanych ze sprawą miłoszycką, w której zeznawała prawie 20 lat temu, nie lubiła.

– Co chce pan wiedzieć? Jak mogę panu pomóc?

Padło nazwisko jednego z prokuratorów, który pracował przy sprawie morderstwa Małgosi. I tak jak przypuszczałem, zostałem zaproszony do kuchni, gdzie mogliśmy usiąść i chwilę porozmawiać.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej