Norwegia. Przedszkolaki, krew na śniegu i renifery na hakach

Ubój zaczyna się od oszołomienia zwierzęcia. Żeby nie czuło bólu, należy uszkodzić mózg. Najczęściej robi się to poprzez wstrzelenie w tył głowy metalowego trzpienia lub rażenie prądem. W ten sposób mózg zostaje trwale uszkodzony, a jego funkcje życiowe zatrzymane. Aby mięso nadawało się do spożycia, zwierzę musi się wykrwawić. W tym celu podcina się tętnice szyjne i czeka, aż z wiszących zwłok spłynie cała krew. Następnie truchło się skóruje, wytrzewia, bada, przepoławia i porcjuje. Dobrze przeprowadzony ubój nie jest wcale tak krwawy i drastyczny, jak mogłoby się wydawać. Według norweskich pedagogów nie ma przeciwwskazań, by brały w nim udział dzieci.

Dzieci miały wyjątkowe szczęście

Zima na północy Norwegii. Na zasypanym śniegiem wybiegu tłoczy się stado reniferów. Z ich nozdrzy buchają obłoki pary. Niektóre galopują wokół wybiegu, inne gromadzą się w kącie. Panujący mróz nie przeszkadza grupie dzieci, które z zainteresowaniem podglądają zwierzęta. Malcy przekrzykują się i pokazują je palcami. Słuchają opowieści o zwyczajach rdzennej ludności Norwegii. Życie Saamów nieodłącznie związane było z reniferami. Toczyło się wokół ich wypasu, hodowli i uboju. Brały w nim udział całe rodziny. Mężczyźni, kobiety, dzieci.

Pierwszy z reniferów zostaje zabrany z wybiegu. Pracownik rzeźni znika ze zwierzęciem w starej przyczepie od TIR-a. Dzieci nie widzą, jak renifer zostaje ogłuszony a mężczyzna podcina mu tętnice. Widzą jednak, jak już oszołomiony, wisi głową w dół i wykrwawia się.

Ze wszystkich ubitych tego dnia sztuk spłynęło już kilkaset litrów krwi, która wsiąka w śnieg, skapuje z oskórowanych zwierząt, spływa ze ścian chłodni i magazynów. Dzieciom nie przeszkadza jej widok, lecz raczej kwaśny, ostry zapach. Marszczą nosy i wykrzywiają buzie. Coraz bardziej oswajają się z ubojem. Z ochotą pomagają pracownikom. Gdy z kolejnego renifera zostaje ściągnięta skóra, nie brakuje chętnych, by odciągnąć ją na bok. Jeden z chłopców ciągnie po ziemi futro swojej wielkości i porzuca je w śniegu obok innych. Leży ich tam już kilkadziesiąt. Inny pomaga przenieść osuszone skóry do przyczepy.

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej