Norwegia. Przedszkolaki, krew na śniegu i renifery na hakach

Ubój zaczyna się od oszołomienia zwierzęcia. Żeby nie czuło bólu, należy uszkodzić mózg. Najczęściej robi się to poprzez wstrzelenie w tył głowy metalowego trzpienia lub rażenie prądem. W ten sposób mózg zostaje trwale uszkodzony, a jego funkcje życiowe zatrzymane. Aby mięso nadawało się do spożycia, zwierzę musi się wykrwawić. W tym celu podcina się tętnice szyjne i czeka, aż z wiszących zwłok spłynie cała krew. Następnie truchło się skóruje, wytrzewia, bada, przepoławia i porcjuje. Dobrze przeprowadzony ubój nie jest wcale tak krwawy i drastyczny, jak mogłoby się wydawać. Według norweskich pedagogów nie ma przeciwwskazań, by brały w nim udział dzieci.

Dzieci miały wyjątkowe szczęście

Zima na północy Norwegii. Na zasypanym śniegiem wybiegu tłoczy się stado reniferów. Z ich nozdrzy buchają obłoki pary. Niektóre galopują wokół wybiegu, inne gromadzą się w kącie. Panujący mróz nie przeszkadza grupie dzieci, które z zainteresowaniem podglądają zwierzęta. Malcy przekrzykują się i pokazują je palcami. Słuchają opowieści o zwyczajach rdzennej ludności Norwegii. Życie Saamów nieodłącznie związane było z reniferami. Toczyło się wokół ich wypasu, hodowli i uboju. Brały w nim udział całe rodziny. Mężczyźni, kobiety, dzieci.

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej