Księgowa Teresa Zaręba na obserwację zapisała się razem z córką.

Policjant z Nowego Sącza zgłosił się, bo się boi, że władza jest zdolna do wszystkiego.

Emerytowany geodeta Andrzej Kupidura chciałby mieć oko na komisję, a historyczka, która odeszła z IPN-u, sprawdzi, jak o wyborach będzie się mówić w TVP.

Funkcję społecznego obserwatora na wyborach stworzyła w tym roku nowelizacja prawa wyborczego. Obserwatorów (w odróżnieniu od mężów zaufania, których powołują komitety wyborcze) będą wyznaczały organizacje i stowarzyszenia (w statutach powinny mieć zapisaną troskę o demokrację oraz prawa obywateli). Obserwator może przyglądać się pracy komisji, liczeniu głosów, robić zdjęcia i nagrywać filmy (nie może tylko – jak mąż zaufania – wnosić uwag do protokołu z głosowania).

W jednym momencie w jednym lokalu głosowanie będzie mógł obserwować jeden wolontariusz z każdej organizacji. W niektórych komisjach (na przykład w Warszawie) może być tłoczno, bo swoich wolontariuszy zbierają już: Ogólnopolska Kontrola Wyborów (związana z KOD-em), Ruch Kontroli Wyborów (z Solidarnymi 2010 i PiS-em), Wolontariusze Wolnych Wyborów (z Platformą Obywatelską) oraz Obserwatorium Wyborcze (różne środowiska opozycyjne chcą obserwować także kampanię i media). Pieniądze na ożywianie obywateli, by zapisywali się na obserwatorów i mężów zaufania, zaczął zbierać też Mateusz Kijowski.

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej