Głowy przewożono do Berlina w całości. W niektórych obozach to więźniowie czyścili czaszki przed transportem. Wkładali ciała nieżyjących znajomych i krewnych do wrzątku, a potem zdrapywali resztki mięśni kawałkami szkła. Na Shark Island było inaczej. Tam głowy odcinano i nietknięte pakowano do skrzyń. W Afryce Południowo-Zachodniej (dzisiejszej Namibii) żołnierze dorabiali sobie do żołdu, sprzedając je niemieckim naukowcom. Ci najpierw mierzyli całe głowy, potem zdzierali skórę, usuwali mięśnie, włosy, oczy, rzęsy, powieki, mózg. Wierzyli, że znajdą dowód na wyższość rasy aryjskiej. Wreszcie czaszki trafiały do prywatnych kolekcji i muzeów. Niewykluczone, że przywieziono ich nawet kilka tysięcy. Przeleżały w gablotach i magazynach ponad sto lat. Dziś Namibijczycy z plemienia Herero domagają się ich zwrotu. Chcieliby też odzyskać zagrabioną przez Niemców ziemię i dostać odszkodowanie za ludobójstwo i jego skutki. Wytoczyli państwu niemieckiemu proces. Sprawę rozstrzygnie sąd federalny w Nowym Jorku. Jednocześnie w Berlinie imigranci z Namibii walczą o przemianowanie ulic, które nazwano na cześć niemieckich kolonizatorów. Hererowie rozproszyli się po świecie, ale próbują odbudować swoją społeczność.

Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej