Jak Polska poległa na mundialu, zauważyłem, że w supermarketach zaczęły tanieć biało-czerwone flagi. Ciekawe, nie? Pomyślałem, że jedną kupię i wezmę do Czech. Czuję się tam dobrze, u nich robiłem swoją licencję lotniczą. Miałem zaplanowany wyjazd z żoną i psem, ale namówiłem naszych przyjaciół z Legnicy, żeby pojechali z nami. Zaopatrzyliśmy się w świeczki i kwiatki. Dla nich też okazało się to, co chcę zrobić, ważne. Pojechaliśmy do Jiczina, tego od Rumcajsa.

Przeczytałem, że właśnie w Jiczinie, na skrzyżowaniu, pijany polski żołnierz strzelał seriami z kałasznikowa do cywilów. Zabił dwoje mieszkańców miasta, a pięć innych osób ranił. Jak się czyta taki fragment: „Jana Jencková zapamiętała, że po każdym strzale wyglądało, jakby pani Klimešovej plecy wyrywało. Upadła na ulicę i leżała na boku. Polski żołnierz podszedł do niej i wpakował w nią całą serię”, to nie można się nie zainteresować tematem. Zacząłem szukać więcej informacji o najeździe wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację i udziale Polaków. Doczytałem, że właściwie nigdy nie było żadnej reakcji strony polskiej. Wprawdzie trzech Polaków nakręciło film dla czeskiej telewizji o tym zdarzeniu, ale żeby nasze państwo się o tym zająknęło, to nie spotkałem takiej informacji. Zresztą nieważne. To, co chciałem zrobić z żoną i przyjaciółmi, jest niezależne od tego.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej