Ute budzi stukanie do drzwi o szóstej rano. Przed drzwiami stoi Benedykt, jej 27-letni przybrany syn. Nie widziała go od kilku lat.

– Mamo, pomóż mi – prosi. Jego nastoletnia dziewczyna urodziła. Mieszkał z nią u jej rodziców. Chcieli, by chodził do pracy, kupował piwo i kiełbasę na grilla, bo ich socjalny zasiłek na niewiele wystarczał. Ale nie potrafił utrzymać żadnej pracy. Gdy „teściowie” zorientowali się, że z Benedykta pożytku nie będzie, wyrzucili go za drzwi.

Ute jedzie z nim do urzędu socjalnego. Chodzą od pokoju do pokoju, wypełniają formularze, odpowiadają na setki pytań. Po trzech miesiącach starań Benedykt znów jest w systemie – ma ubezpieczenie, zasiłek, prawo do mieszkania pod opieką. Ale po czterech tygodniach znika. Ludzie mówią, że mieszka na ulicy.

Dominik wie, jak to jest nie mieć dachu nad głową. Jesienią, gdy skończył 18 lat, wyrzucili go ze szkoły, bo ciągle uciekał z lekcji i niewiele z nich rozumiał. Zimą wypadł z kursu przygotowującego do pracy, bo zbyt często się spóźniał i nie nadążał za ćwiczeniami. Na wiosnę stracił robotę w hotelu, bo gubił się w poleceniach szefa. Latem matka kazała mu się wynosić z domu, bo miała dość walającej się wszędzie marihuany. Ląduje na działce u kolegi. Śpi pod gołym niebem, słucha Molesty i powtarza za nim: „Dilowanie rąk nie brudzi”. Nie rozumie, o co matce chodzi.

Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej