Ute budzi stukanie do drzwi o szóstej rano. Przed drzwiami stoi Benedykt, jej 27-letni przybrany syn. Nie widziała go od kilku lat.

– Mamo, pomóż mi – prosi. Jego nastoletnia dziewczyna urodziła. Mieszkał z nią u jej rodziców. Chcieli, by chodził do pracy, kupował piwo i kiełbasę na grilla, bo ich socjalny zasiłek na niewiele wystarczał. Ale nie potrafił utrzymać żadnej pracy. Gdy „teściowie” zorientowali się, że z Benedykta pożytku nie będzie, wyrzucili go za drzwi.

Pozostało 98% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej