MARIA BEISERT: Trochę się pani dziwię.

KATARZYNA WŁODKOWSKA: Dlaczego?

– Że chce pani tego wywiadu. Nie jestem człowiekiem, który zaliczył spektakularną liczbę zakrętów losu.

Przemycała pani pornografię.

– To nie ja przemycałam. I nie byłam wtedy profesorem. To było zaraz po studiach. Ale tak, prosiłam, kogo tylko mogłam.

Wyjaśni pani?

– Po dyplomie w 1977 roku rozpoczęłam pracę w Zakładzie Psychologii Klinicznej Akademii Medycznej, gdzie wkrótce zaczęłam koncentrować się na seksuologii. Pamiętam, wielu śmiało się, że my się tam bawimy, nie pracujemy. A ja zobaczyłam, że to nauka, w której przenikają się różne obszary: prawo, psychologia, psychiatria.

Prawo, które pani skończyła, zanim poszła na psychologię.

– Prawnikiem był mój dziadek i uważałam, że to zawód, który daje samodzielność oraz pieniądze. Ale na trzecim roku studiów zrozumiałam, że praca z wykorzystaniem tylko potencjału intelektualnego nie będzie mi się podobać. Bo mnie od dziecka fascynują emocje.

Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej