Czy pisarz może być bucem, czy powinien być bucem, czy też nie musi być bucem, ale zazwyczaj jest bucem? – takie oto pytania natury zasadniczej dręczą mnie od kilku tygodni, od owego brzemiennego w ponure refleksje wieczoru, gdy zacząłem oglądać serial „The Affair”. Naturalnie wystawiam się tu na bezlitosne szyderstwa zawodowców, którzy „The Affair” oglądali od chwili jego polskiej premiery lat temu już cztery. Na słynne poczucie wyższości tych, którzy mają obejrzane już wszystkie seriale, także te nienakręcone, wystawiam się ekshibicjonistycznie, na wzgardliwe prychnięcia tych, którzy właśnie są w środku najnowszego, czwartego sezonu, podczas gdy ja wciąż grzęznę w sezonie trzecim, lecz czynię tę konfesję z uniesioną głową. Grzęznę, lecz pędzę zarazem, bo „The Affair” zacząłem oglądać w ramach programu nadganiania zaległości ledwo miesiąc temu, ale spodziewam się, że osiągnę finisz wraz z tymi, którzy co tydzień zasiadają do kolejnego odcinka. Wsiąkłem bowiem niebezpiecznie, wkręciłem się samobójczo, zaangażowałem wściekle, tak jak można zaangażować się w wielką, epicką powieść psychologiczno-obyczajową, bo czymże jak nie potężną epicką powieścią jest serial „The Affair”. I dziękować należy polskim dystrybutorom, że nie przetłumaczyli tego tytułu, z przyczyn więcej niż oczywistych.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej