Przedwojenna kamienica przy Pięknej w Warszawie, czwarte piętro. Drzwi z napisem „Rafał Trzaskowski” otwiera Konrad Niklewicz, dawniej dziennikarz „Wyborczej”, potem podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju Regionalnego w rządzie Tuska. Prowadzi do gabinetu szefa: półki, książki, marynarki, wiatrak, drewniane biurko w stylu antycznym, monitor, obok stół z dzbanem „Warszawska Kranówka”.

Trzaskowski na kanapie przegląda wiadomości w telefonie. Siadamy naprzeciwko. Niklewicz – za biurkiem szefa. W rozmowie nie przeszkadza, ale się przysłuchuje.

Trzaskowski lekko spięty, przybija go hejt. Bo właśnie powiedział w wywiadzie, że wszystko, co osiągnął w życiu, zawdzięcza sobie.

Ciągle zastrzega, czego nie możemy cytować, mówi o programie wyborczym, niezliczonych spotkaniach, a jeszcze Niklewicz sygnalizuje koniec czasu.

Tak się nie da gadać.

Chcemy go namówić, by wpuścił nas do domu albo poszedł z nami na miasto. Do domu wykluczone, bo żona pilnuje prywatności. Na miasto pójdzie. I to o piątej rano.

Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej