– Kiedyś myślałem, że bycie pilotem to chodzenie po lotnisku ze stewardesami w czapce kapitana jak Leonardo DiCaprio w „Złap mnie, jeśli potrafisz”. Teraz wiem, że to głównie siedzenie w niewygodnym fotelu, w bardzo ciasnym pomieszczeniu, w którym jest bardzo głośno – opowiada mi Maciej, drugi pilot w jednej z czeskich linii czarterowych.

Siódma rano. Za chwilę jedziemy na lotnisko. Na miejscu warto być godzinę czterdzieści przed odlotem. Kiedy pasażerowie szukają swojego okienka z odprawą, piloci odbierają kopertę z briefing roomu.

Maciej: W niej zlecenie na lot – skąd, dokąd, jakim samolotem.

Michał, który pracuje u jednego z tanich przewoźników, musi przyjechać jeszcze wcześniej. – Dane mamy w iPadach, ale trzeba wszystko wydrukować i pochować do opisanych przez siebie kopert. iPad może się wyładować, zawiesić, internetu wysoko w powietrzu nie da się otworzyć. Latanie polega nie tylko na prowadzeniu statku, ale też na ciągłym wypełnianiu kwitów.

Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej