Od wieków żyjemy w kraju, w którym istnieją dwa światy: ludzi prosperujących świetnie, przyzwoicie, gorzej i całkiem marnie, ale solidarnie uważających się za Polaków normalnych, oraz sfera tych, których ci – we własnym mniemaniu – normalni uważają za nienormalnych: ludzi niepełnosprawnych, fizycznie i umysłowo. Niby-normalnym rodakom w tym uważaniu niepełnosprawnych za irytujący margines nie przeszkadza, że wyspy archipelagu ludzi pokrzywdzonych przez los każdy ma dosłownie pod nosem, bo dziś – jakkolwiek by liczyć – niepełnosprawny jest co siódmy Polak.

Oficjalnie niepełnosprawnym jest każdy, kto odczuwa ograniczenia podstawowych czynności życiowych, stosownych do jego wieku.

Ale niepełnosprawny jest określeniem pojemnym jak worek. Jest nim zarówno pechowiec z krótszą nogą po wypadku, który chodzi jak kaczka, ale sam sobie zrobi herbatę i zakupy. Jest nim też głęboko upośledzony intelektualnie i fizycznie nieszczęśnik, który nie panuje nad funkcjami fizjologicznymi, nie potrafi z sensem porozmawiać, zjeść łyżki zupy z talerza ani umyć sobie zębów.

Pozostało 81% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej