Opowieść Tomasza Górnickiego, rzeźbiarza, uściślał Mariusz Szczygieł

Byliśmy z Ewką na wczasach nad morzem, obserwowaliśmy społeczeństwo.

– Nad polskim morzem – uściślam.

– Tak. Na każdym kroku rodzice budują w dziecku poczucie winy. To uderzające. Poszlibyśmy, ale przez ciebie… Widzisz, ty zawsze musisz… Nie dostaniesz lodów, bo… Dzieci coś złego zrobią albo nic nie zrobią, a rodzic już swoje ugrywa. Ciągle dziecko jest wbijane w przekonanie, że coś robi źle.

– „Twoja wina” – uściślam.

– Pamiętam, że jako maluch chodziłem do kościoła i biłem się w piersi: moja wina, moja wina… Jaka wina, k... mać? Po co wbijać człowieka od małego w poczucie winy?

– Żeby nad nim zapanować, o władzę chodzi – uściślam.

– Wiele dzieci powtarza to w kościele bezrefleksyjnie. A co jeśli takie poczucie przeciągnie się na dalsze życie? Dlatego wróciłem znad morza i zacząłem działać karabinowo… Pod mostem w Częstochowie, blisko dworca Stradom, umieściłem małego chłopca. Jest nagi i klęczy na żwirze ze zwieszoną głową. Ręce ma z tyłu skrępowane drutem. Chciałem, żeby jego głowa była na wysokości ud dorosłego człowieka, jeśli ktoś chłopca zauważy i podejdzie, żeby mu na przykład pomóc. Klęczy między betonowymi kolumnami a sam most jako dach niby go osłania, a jednocześnie dociska, przygniata. Nogi ma wkopane…

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej