Müge, 46-letnia korporacyjna menedżerka i trenerka, żona, matka, zdeklarowana zwolenniczka dawnej republiki. Niewysoka, energiczna. Długie, brązowe włosy upina w kok ołówkiem. Świetnie zarabia, mieszka w dwupoziomowym apartamencie na ekskluzywnym zamkniętym osiedlu. Domem zajmuje się służąca.

– Turecka edukacja publiczna idzie na dno – wyjaśnia. – Coraz więcej w niej religii, coraz mniej nauki i sztuki. Rząd uznał szkoły za ważny element polityki tworzenia nowego modelu tureckiego obywatela. W konsekwencji poziom nauczania coraz bardziej odbiega od europejskich standardów. Dlaczego? Bo nauka i sztuka zbyt często stoją w opozycji do wiary. Są pomijane lub traktowane jako niepotrzebne. Co nie pasuje do tej koncepcji, jest zamykane lub upaństwowiane.

Jeden z pierwszych dekretów prezydenta Recepa Tayyipa Erdogana po wprowadzeniu w 2016 roku stanu wyjątkowego dotyczył zamknięcia ponad 2 tysięcy prywatnych szkół, fundacji i stowarzyszeń, 35 instytucji medycznych, blisko 20 związków i 15 uniwersytetów. Państwo przejęło ich majątek. Pretekstem były rzekome powiązania z Fethullahem Gülenem, wrogiem numer jeden prezydenta Turcji, którego oskarża się o przygotowanie i finansowanie nieudanego puczu. Niedawno wyrzucono z zajmowanych pomieszczeń Mimar Sinan, jedno z najsłynniejszych konserwatoriów muzycznych w Turcji, będące częścią Uniwersytetu Sztuk Pięknych w stambulskiej dzielnicy Besiktas. Budynek, który wchodzi w skład kompleksu pałacu Dolmabahçe, ma zostać przekazany na potrzeby służb prezydenta. Władze nie przydzieliły szkole lokalu zastępczego. Nieco wcześniej zlikwidowano Wydział Muzyczny na Uniwersytecie Marmara.

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej