Nie ma tu ścieżek. Niemal każdy z trudem brnąłby przez połamane, trzeszczące gałęzie. W ciemnościach las wydaje się nie do przebycia.

Wtedy właśnie pustelnik udaje się w drogę. Czeka do północy, po czym z plecakiem na ramionach i swą torbą włamywacza opuszcza obozowisko. Na łańcuszku na szyi wisi latarka kieszonkowa, ale on jeszcze jej nie potrzebuje. Porusza się na pamięć.

Przemyka przez las precyzyjnie i zwinnie, kluczy, porusza się energicznie, lecz nie zostawia za sobą połamanych gałązek. Na ziemi wciąż leżą brudne resztki śniegu, schowane przed słońcem, są też błotniste kałuże – w środkowym Maine przyszła wiosna – ale omija je wszystkie. Przeskakuje z kamienia na kamień, nie zostawiając za sobą śladów.

Pustelnik obawia się, że jeden ślad może go zdradzić.

Tajemnica to kruchy stan, raz odsłonięta, kończy się na zawsze. Jeśli ci na niej zależy, to pozostawienie choćby jednego odcisku buta jest niedopuszczalne. Za duże ryzyko. Sunie zatem jak duch między łodygami szaleju i klonami, białymi brzozami i wiązami, aż wreszcie staje na kamienistym brzegu zamarzniętego jeziorka.

Idzie prawie godzinę, wciąż nie zostawiając śladów i złamanych gałązek. Na niektóre korzenie następuje tak często, że są przez niego wyślizgane. Nawet wiedząc to, żaden tropiciel nigdy nie potrafiłby go znaleźć.

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej