Paweł z Gdańska, dyrektor finansowy w firmie budowlanej, szczerze przyznaje, że mógłby spędzać w pracy cztery godziny, a nie osiem, bo tyle mu zajmuje wykonanie obowiązków. – W pozostałym czasie zdarza mi się zaglądać na Facebooka i czytać gazety.

Uważa, że również jego podwładni z działu księgowego mogliby pracować krócej, pod warunkiem że zaczną w pełni korzystać z zaawansowanych programów księgowych i arkuszy kalkulacyjnych.

– Zachęcam ich do szkoleń, pokazuję różne technologie, ale idzie ciężko. Czuję się, jakbym dawał im ferrari, a oni i tak chcą jeździć rowerem. Długo walczyłem, żeby zaczęli archiwizować dokumenty w PDF-ach, a nie drukować, bo wydruki wysypywały się już z archiwum, ale dla nich tylko wydruk był rzeczywisty. I przy tym wszyscy wiedzą, że nawet jeśli będą szybciej i wydajniej pracować, to nikogo nie zwolnię. Zwolnienie jednej osoby z naszego działu w sytuacji kontroli skarbowej mogłoby doprowadzić do paraliżu całej firmy. Poza tym nasz szef uważa, że model, w którym pracownicy są przeciążeni i ledwo dają radę, jest nieefektywny i może prowadzić do kosztownych błędów.

Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej