„Zakupiliśmy kilka rac, dwa wozy opancerzone, starą wyrzutnię rakiet, kilka granatów ręcznych i niech każdy weźmie z domu, co po dziadach zostało oraz butlę z benzyną!” – szefowa związku zawodowego LOT-u wezwała do strajku.

Duma nad Syberią

2013 rok. Bez zgody związków LOT wypowiedział regulamin wynagrodzeń – pracownikom obcięto pensje. Rozpoczął się trwający do dzisiaj spór zbiorowy.

2014 rok. LOT-owi groził upadek, dostał ponad 0,5 mld pomocy publicznej. Musiał likwidować połączenia, zwalniał pracowników. Ale za dużo, więc znów zatrudniał, tyle że na kontrakty, bo po przyjęciu pomocy od rządu nie mógł zwiększyć zatrudnienia.

2016 rok. Szefem LOT-u został Rafał Milczarski z Radomia, maturzysta katolickiej szkoły średniej w Wielkiej Brytanii, absolwent ekonomii na Uniwersytecie w Cambridge. Wprowadził do Polski brytyjskiego przewoźnika kolejowego cargo i został szefem Związku Niezależnych Przewoźników Kolejowych. Wojował z państwowym monopolem na kolei, wzywał do prywatyzacji PKP Intercity i PKP Cargo, a także likwidacji PKP SA. – Rząd powinien się skupić na promowaniu konkurencji na torach, a nie wspieraniu Grupy PKP – mówił w 2010 roku.

Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej