Na dwadzieścia minut przed odlotem poszedłem do toalety. Kiedy wróciłem, w moim gejcie nikogo nie było. Rozejrzałem się bezradnie i zobaczyłem znikającą w korytarzu grupę pasażerów, za którą pobiegłem. Grupa nie wiedziała jednak, gdzie dokładnie ma zniknąć. Ostatni tego dnia lot z Sofii do Warszawy anulowano i na tym lotnisko zakończyło powiadamianie o naszym losie. Punkt informacyjny nie działał, pozostało nam przejść na nowo kontrolę paszportową i wrócić na bułgarską ziemię.

W hali odlotów działał już punkt handlingowy. Bukował pasażerów na loty w dniu następnym i wręczał vouchery do hotelu. Stałem mniej więcej w środku kolejki. Obok mnie – podróżny, z którym żartowałem, że powinno się ustanowić dwa ogonki: dla pasażerów sprawiających trudności oraz tych gotowych na wszystko. Byłem gotowy na wszystko, zwłaszcza że nie można było siedzieć. Odczekałem więc trzy i pół godziny (tak długo stałem chyba tylko na pogrzebie Havla), zanim oznajmiłem: na wszystko się zgadzam. Upał sięgał w Sofii 30 stopni, wybiła 21, a ja od rana byłem na nogach…

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej