Tadeusz Klimanowski, 68 lat

Urodziłem się w Świebodzinie, w Lubuskiem. Ojciec był w Armii Krajowej na Wileńszczyźnie, później się ukrywał trzy lata, nazwisko zmienił. Opowiadał, jaka była prawda z Katyniem.

Po wojnie bywał kierownikiem w pegeerach, mama gospodyni domowa. Na utrzymaniu ja i trzy młodsze siostry. Całą rodziną przenosiliśmy się za ojcem, który zmieniał posady.

Skończyłem liceum w Sulęcinie, historię na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. W 1973 roku zatrudniłem się w liceum zawodowym w Sulęcinie i uczyłem historii. Uczyłem prawdy. Zadziorny byłem, nie przejmowałem się konsekwencjami. Wyrobiłem sobie zaufanie u młodzieży, traktowali mnie jak starszego brata, któremu można wierzyć i któremu można zaufać.

Później mi się to opłaciło, bo pozyskałem do pracy konspiracyjnej jednego z uczniów. Ale do tego dojdziemy.

W liceum pracowałem trzy lata. Namawiali mnie, aby przenieść się do nowo powstałego województwa gorzowskiego. Były tam braki kadrowe. Z mojej szkoły dwóch nauczycieli odeszło do komendy wojewódzkiej milicji i mówią mi: „Tadek, co tu będziesz siedział, chodź z nami”.

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej