Beztroski, leniwy poranek z kawą w łóżku. Pawłowi dzwoni telefon. Monika, zakopana blisko w pościeli, wyraźnie słyszy słowa w słuchawce: „Jestem w ciąży”.

Monika: – To była sobota. Pamiętam tę absurdalną myśl, która wtedy mnie ogarnęła: przecież jest sobota. Czy to możliwe, żeby tak zaczęła się sobota w domu ustatkowanej pary, w naszym domu?!

Resztę dnia Monika pamięta jak przez mgłę. Trzeba było szybko zebrać myśli. Głos ze słuchawki postawił sprawę jasno: „Bierzesz dziecko po urodzeniu albo oddaję do okna życia. Masz pracę, masz kobietę, wychowasz”.

Po zakończeniu połączenia telefonicznego Paweł nie próbował już kluczyć. Przyznał się. Powiedział: – Ty zdecyduj. Jak postanowisz, to weźmiemy. Jak nie, to nie.

Miał dwie minuty

Z Moniką, lat 33, spotykam się w jej mieszkaniu. Miejscowość poniżej 10 tysięcy mieszkańców na Śląsku. Dwa pokoje w nowym budownictwie, na pianinie nuty z „Nocy i dni”, nowoczesne sprzęty kuchenne kontrastują z kilkoma antykami, które Monika własnoręcznie odrestaurowała. Wszędzie zabawki, przytulanki i małe buciki. Tu wózek, tam niemowlęcy inhalator na katar. Prawie dwuletni Antoś, rozbudzony właśnie z dziennej drzemki, uczepił się szyi potężnej kundelki i chodzi za nią wtulony całym ciałem krok w krok. Kundelka emerytka znosi to z totalnym spokojem i akceptacją poświadczającymi, że całe zawodowe życie przepracowała w dogoterapii.

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej