Anouk Aimée zachwycałam się – jak wszyscy – w filmach Federica Felliniego, nie mówiąc o oscarowej „Kobiecie i mężczyźnie” (1966) Claude’a Leloucha, ze słynnym śpiewanym „Szabadabada”. To wszystko było dla mnie, wówczas 12-letniej, jakieś magiczne, z innego, odległego świata. I nagle po kilkunastu latach ta niezwykła kobieta z celuloidu zakochuje się w moim młodym, trzydziestoparoletnim wówczas mężu, który mimo stanu wojennego w Polsce pojawia się w Paryżu, żeby zagrać u Leloucha w „Les uns et les autres” (1981, „Jedni i drudzy”).

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej