Włodek był marynarzem, pływał od 1981 roku, przez 19 lat. Pierwsze osiem pod polską banderą, potem w kompaniach angielskich, niemieckich, holenderskich. Zejście na ląd, praca na lotnisku w Berlinie to był szok. Po tylu latach na morzu nagle twardy grunt pod nogami i ludzie, mnóstwo ludzi.

Włodek: – Dziennie przez moje stanowisko kontroli pasażerów przechodzi ponad tysiąc osób, to daje 5 tysięcy tygodniowo, 20 tysięcy miesięcznie, 240 tysięcy rocznie, a w ciągu 17 lat ponad 4 miliony ludzi. W pracy z ludźmi najtrudniejsi są ludzie. Każdemu pasażerowi się wydaje, że jest jedyny i niepowtarzalny, a jego problem jest największy na świecie. Żartownisie, ludzie z pretensjami do całego świata, tacy, którzy starają się zrobić cię w konia.

Najgorsi to ci, którzy chcą pokazać swoją wyższość. Bo ty pewnie zarabiasz 3 euro na godzinę i ledwo umiesz czytać i pisać. Trzeba mieć mocne nerwy i nie brać do siebie uwag typu: „Jakby się pan uczył, nie musiałby pan tej pracy wykonywać”. A u nas jest dużo ludzi z wyższym wykształceniem. Na przykład firma komuś splajtowała. Kiedy masz 50 lat, trudno jest zaczynać od początku. Jest mechanik samolotowy, któremu dziesięć lat przed emeryturą nie chciało już się uczyć konstrukcji nowego modelu Boeinga.

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej