Najtrudniejsza sprawa, z jaką się pani zetknęła?

– Rok 2005, jeden z pierwszych, jeśli nie pierwszy proces przed polskim sądem dotyczący aborcji. Trzy lata wcześniej 29-letnia wówczas R. z Małopolski, mężatka i matka dwójki dzieci, została zarejestrowana w przychodni jako ciężarna pacjentka w 11. tygodniu ciąży. W 14. i 18. tygodniu poddała się badaniom USG. W trakcie ostatniego lekarz stwierdził, że podejrzewa genetyczną wadę płodu. Chodziło o zespół Turnera. Charakterystyczne objawy choroby to bardzo niski wzrost, brak dojrzewania i pierwotna bezpłodność. Do tego zaburzenia pracy nerek i serca, wysokie ciśnienie krwi, otyłość, cukrzyca, katarakta, problemy z tarczycą oraz artretyzm. Pani R. mówi lekarzowi, że jeśli podejrzenia się potwierdzą, chciałaby przerwać ciążę. Lekarz wysyła pacjentkę do szpitala, gdzie wada zostaje potwierdzona, ale na wszelki wypadek każą jej jechać do Łodzi na pobranie próbki płynu owodniowego. Pojechała i usłyszała, że nie mogą wykonać badania, bo nie ma skierowania od lekarza rodzinnego.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej