CV: Monika Jaruzelska
absolwentka polonistyki, studiowała też psychologię i psychoterapię.
Wykłada na Uniwersytecie SWPS, na kulturoznawstwie i dziennikarstwie. Właścicielka Szkoły Stylu Moniki Jaruzelskiej. Autorka czterech bestsellerów: „Towarzyszka panienka”, „Rodzina”, „Oddech”, „Zmiana”. Ma 55 lat, 14-letniego syna Gustawa, jamnika oraz trzy koty (w tym jeden 22-letni). Córka generała Wojciecha Jaruzelskiego.

Tomasz Kwaśniewski: I po co ci ta polityka?

Monika Jaruzelska: – Nie garnęłam się do niej, uwierz. Całe życie wręcz przed nią uciekałam. Przynajmniej przed aktywną w niej działalnością...

A propozycje miałaś skąd?

– Pierwszą, taką poważną, od Janusza Palikota. Przed ostatnimi wyborami. Zaproponował mi kandydowanie do Sejmu. Ale mimo, że na swój sposób go polubiłam, a w jego ekipie byli moi znajomi, a nawet przyjaciele, jak Kamil Sipowicz, nie zdecydowałam się.

Polityka, którą robił Janusz Palikot, nastawiona była na konfrontację, happening, konflikt. A to nie jest mój sposób funkcjonowania. Jestem osobą raczej koncyliacyjną.

Kusił cię jak?

– Że będę się czuła dobrze wśród ludzi, których znam, z którymi poglądy mam zbieżne.

Nie podobała mi się ta akcja ze zdejmowaniem krzyża w Sejmie. Nie powinno się robić happeningu z czegoś takiego. Mnie żadne symbole religijne, które są ważne dla innych osób, choć sama jestem niewierząca, nie przeszkadzają. Uważam też, że walczenie o coś takiego w momencie, kiedy priorytetem powinny być sprawy socjalne, było niepoważne. Kwestia związków partnerskich też nie była wtedy najważniejsza. Oczywiście trzeba się pochylić nad problemami mniejszości seksualnych, nad liberalizacją ustawy aborcyjnej, ale jednak priorytetem winny być sprawy ludzi, którzy przez ten system bardzo drapieżnego kapitalizmu zostali poszkodowani, zepchnięci na margines.

Nie masz nic przeciwko religii w szkołach?

– Nie, póki nie jest obowiązkowa. I póki odbywa się na pierwszej lub ostatniej lekcji – w szkole mojego syna właśnie tak było. Mało tego, tam etyka była obowiązkowa.

To była szkoła państwowa?

– Nie, społeczna.

Czyli skoro już jest religia w szkołach, to niech sobie będzie?

– Może powinno odbyć się referendum w tej sprawie.

Myślę o tym przede wszystkim z punktu widzenia samotnej matki. Że ta logistyka związana z dziećmi jest często czymś bardzo trudnym. To zawożenie, przywożenie do szkoły, na zajęcia. Jeżeli więc są rodzice, którzy chcą, żeby ich dzieci chodziły na religię, to dla nich jest dużym ułatwieniem, gdy odbywa się w szkole.

A jak ci się podoba rzucony przez panią minister edukacji pomysł, żeby katecheci mogli być wychowawcami?

– A czy ktoś, kto ma poglądy skrajnie lewicowe, może być wychowawcą w klasie?

Może?

– Moim zdaniem tak. Tak samo jak ktoś, kto ma prawicowe. Oczywiście jeżeli potrafi się powstrzymać przed ich narzucaniem.

Myślisz, że katechetka potrafiłaby bezstronnie przedstawić uczniom na przykład problem związany z aborcją?

– A radykalna feministka?

Kolejny problem, że w takiej klasie mogą być dzieci, które nie chodzą na religię, a to oznacza, że część dzieciaków będzie miała zmniejszony kontakt z wychowawczynią.

– Tak, masz rację, więc to może nie jest najlepszy pomysł. Ale jeżeli katecheci nie byliby wychowawcami, nie byłoby stopni z religii, one nie byłyby wliczane do średniej...

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej