Otworzyłem cienką książeczkę pod tytułem „Pusta ziemia” i uważam się za chwata. Trzeba mieć determinację absztyfikanta literatury albo być w stanie wskazującym na zużycie (psychiczne), aby ten związek frazeologiczny wydał się pociągający. Pusta ziemia… A cóż atrakcyjnego jest w pustej ziemi? Zwłaszcza że książeczka otworzyła mi się na zapisku autora z 15 marca: „Nic. I już po śniegu, niewiosna, niezima… Wszak także bezczasem i błotem może się przejawiać granica pór roku!”. A więc pusta ziemia i błoto, i nic. Chodzi sobie autor, notuje, że na przykład „przez cały dzień idą pasma chmur i pasma wolnego nieba, ten wiatr, ten las pod nim, wciąż jeszcze jest zimową grafiką, ale powietrze za lasem jest już jak z malowanek”.

Przyznam: tu trochę mu pozazdrościłem. Sam, gdy jadę pociągiem i widzę zwiędłe trawy na nasypie, za nimi pole, potem jakieś krzewy i ścianę lasu, a właśnie świta i śnieży, dopada mnie fantazja: gdy pociąg zwolni, chciałbym z niego wyskoczyć, wejść na nasyp, pod butem czuć nierówność zmarzłej ziemi, a twarz uchylać od nagich gałązek krzaków.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej