Gdy Maciej, lekarz z dwudziestokilkuletnim stażem, wysiada z samolotu w Umea na Dalekiej Północy, jest ciemno, pada śnieg, elektroniczny termometr wyświetla -27 stopni. Maciej ma tylko mały plecak, a w nim laptop, dwie książki i gazetę. W portfelu szwedzkie karty kredytowe, korony. W kieszeni klucz do mieszkania na przedmieściach. Zna drogę, przemierza ją co miesiąc od sześciu lat. Zamienia kilka zdań z kierowcą autobusu, włącza komórkę i wysyła dzieciom SMS, że doleciał. Żona już na jego SMS-y nie czeka.

Studia ukończył jako jeden z najlepszych na roku. Dyplom z wyróżnieniem dał mu możliwość wskazania miejsca stażu i pracy. Wybrał jedną z najlepszych klinik w kraju. – Byłem dumny z pracy. Nie wiedziałem tylko, że trafiłem do dysfunkcyjnej jednostki, że kierownik kliniki jest alkoholikiem – opowiada. – Szef zamykał się o 12 w gabinecie i pił. O 16 albo lekarz dyżurny dostawał polecenie, by go odwieźć do domu (co oznaczało wezwanie kolegów na zastępstwo), albo ci, którzy powinni iść do domu, czekali do późnego wieczora, aż skończy. Nieraz byłem to ja. Odwoziłem go jego samochodem, a potem tłukłem się tramwajem przez całe miasto do domu.

Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej