Miasteczko Pozzilli, między Rzymem a Neapolem, wygląda jak z widokówki ze słonecznej Italii. Ludzie zbierają tu oliwki, popołudniami siedzą w kawiarenkach, w niedzielę chodzą na mszę odprawianą przez polskiego księdza. Kościół leży na uboczu, przy nim plebania. Trzynastoletni Jurek dziwi się: mimo iż plebania mogłaby pomieścić co najmniej dwie rodziny, musi spać z proboszczem w jednej sypialni. A łóżka są trzy: dla księdza, dla Jurka, dla psów.

Siniaki

Lublin, początek lat 90. Ojciec spuszcza lanie dziewięcioletniemu Jurkowi, bo jeszcze się mu mylą nazwy dni tygodnia; tak go sprał, że na ciele ma więcej koloru fioletowego niż białego. Chłopca broni matka, ale jej też się dostaje – najczęściej w głowę, bo nie widać sińców. Ojciec jest urzędnikiem w skarbówce. W wolnym czasie pije wódkę i spotyka się z przyjaciółką w motelu.

Po komunii Jurek zapisuje się na ministranturę. Czuje się dobrze w kościele. Jego kolega – również ministrant – zna kapelana w lubelskim szpitalu, księdza Jana M. Kiedy pewnego dnia kolega przyjeżdża z księdzem po Jurka, matka staje na głowie, by ugościć księdza. Podczas kolejnych wizyt skarży się mu na męża i martwi się o zły wpływ na syna.

Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej