Jesteś chyba pierwszym didżejem, który przeszedł na emeryturę.

– Możliwe, że takim pełnoetatowym. Chociaż więcej przyniosło mi w latach 80. handlowanie płytami.

Kim jeszcze byłeś?

– Uczyłem się na frezera w Dzierżoniowie, pracowałem tam w zakładach radiowych. Przeprowadziliśmy się z mamą na Śląsk, żeby mnie wojsko nie złapało, poszedłem do kopalni. Po niegroźnym wypadku pojechałem do stoczni w Gdyni – to też zwalniało od wojska, a jeszcze huty w Rudzie Śląskiej i w Łaziskach. Ale wojsko i tak mnie capnęło, wysłali do marynarki wojennej do Świnoujścia.

Tam przyświrowałem, pociąłem sobie trochę ręce. Białe kafelki w łazience pomazałem krwią, byli posrani ze strachu, karetką mnie zabrali. Lekarz od razu poznał: „Podrapał się, bierzcie go z powrotem”. Ale kapitan stwierdził: „Takich z powrotem nie bierzemy”. Skierowali mnie do szpitala wariatów w Gorzowie, a tam tacy wojacy jak ja. Czekaliśmy miesiąc na komisję wojskową, pilnowaliśmy tych naprawdę chorych. Lekarze mówili: „Wyjdziecie do domu, nie bójcie się, tylko już nie świrujcie, bo was poślemy do wojska”. Chodziliśmy na miasto, wyprowadzaliśmy tych prawdziwie psychicznych, żeby żaden nie wpadł po auto. Niektórych na grubym sznurku. Gdyby nie my, pewnie nigdy nie wyszliby na miasto. Na komisji oczywiście odesłali mnie do domu. Miałem 19 lat, mogłem zająć się dyskotekami.

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej