Dziesięcioletnia dziewczynka z obwodu połtawskiego przyglądająca się załamaniu otaczających ją dorosłych wpadła na pomysł porzucenia rodziny. Napisała do wuja w obwodzie charkowskim:

„Drogi Wujku! Nie mamy chleba ani nic do jedzenia. Rodzice są słabi z głodu, położyli się i nie wstają. Mama oślepła z głodu i nic nie widzi, wyniosłam ją na dwór. Bardzo chcę chleba. Zabierz mnie, wujku, do siebie do Charkowa, bo inaczej umrę z głodu. Zabierz mnie, jestem mała i chcę żyć, a tutaj umrę, bo wszyscy umierają (...)”.

Nie przeżyła. Ale innych podobna determinacja, by żyć, uratowała.

By przeżyć, ludzie jedli wszystko. Jedli zgniłą żywność i wszelkie odpadki. Jedli konie, psy, koty, szczury, mrówki, żółwie. Gotowali żaby i ropuchy. Jedli wiewiórki. Piekli na ogniu jeże, smażyli ptasie jajka. Jedli korę dębów. Jedli mech i żołędzie. Jedli liście i mlecze, nagietki i łobodę. Zabijali wrony, gołębie i wróble. Nadija Łucyszyna wspomina, że „żab nie starczyło na długo. Ludzie je wszystkie wyłapali. Zjedzono wszystkie koty, gołębie, żaby; ludzie jedli wszystko. Jedząc chwasty i buraki, wyobrażałam sobie zapach pysznych potraw”.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej