PRZECZYTAJ TAKŻE: Na kursie odwagi cywilnej: on bluzga, ja się uśmiecham

Tramwaj we Wrocławiu, metro w Warszawie, autobus w Łodzi, ulica w centrum Poznania, plac w Lublinie. Kolejne nagłówki jak ciosy w podbrzusze: „zwyzywana...”, „pobity...”, „opluci...”. Obywatel Kataru uderzony na ulicy, bo jego żona nie chce zdjąć chusty. Obywatel Chile, „bo wygląda na Araba”. Palestyńczyk, student łódzkiej Filmówki, słyszy w sklepie: „Zajebię cię, brudasie”. I tak dalej, i tak dalej. Gdy kończę pisać tekst, czytam kolejny nagłówek – o ataku na 14-latkę z Turcji. A to jedynie fragment rzeczywistości, który przelał się do gazet i do sieci. Jest jeszcze milcząca codzienność.

I milczący świadkowie – miejsca ataków to najczęściej miejsca publiczne, place, tramwaje, autobusy. Są pasażerowie, przechodnie, ludzie w kolejce. Wpatrzeni w okna tramwaju, w fakturę chodnika, w witryny sklepowe.

My

Pół roku temu w Tel Awiwie byłem świadkiem, jak mężczyzna szarpie na ulicy kobietę. Wyzywa ją (po rosyjsku), ciągnie za włosy. Nie zareagowałem. Głupio sobie tłumaczyłem, że nie jestem u siebie. Zawróciłem potem, ich już nie było.

Dlaczego nie zareagowałem?

O to, jak przestać odwracać głowę i w jaki sposób reagować, postanowiłem zapytać: imigrantów, psychologów, instruktora samoobrony, mediatorów, arbitra, trenerkę antydyskryminacyjną, prawnika, ludzi, którzy przestali wpatrywać się w szybę.

Przynajmniej nie biją

– Często? – pytam Gagika Grigoryana.

– Kilka razy w miesiącu – opowiada.

Ma długą czarną brodę, pracuje w fundacji Ocalenie i pomaga uchodźcom. Pięć lat temu przyjechał do Polski z Gruzji.

– Mówię o atakach, wyzwiskach. Ale są też mniejsze rzeczy. Nieprzyjemne spojrzenia w komunikacji miejskiej. Ludzie nie siadają obok mnie, chociaż jest wolne miejsce. I sprawy głębsze. Trudno jest wynająć mieszkanie. A jak przylatuję na Modlin, to spośród wszystkich twarzy straż graniczna do sprawdzenia zawsze wybierze moją, bo trochę ciemniejsza. Kilka lat temu też nie zawsze było miło. Niedługo po moim przyjeździe czekałem ze znajomymi na autobus. Z meczu wracali akurat kibice Legii. Usłyszeli język rosyjski i rzucili w nas butelką piwa. Roztrzaskała się kilka centymetrów od kolegi. Ale to były pojedyncze sytuacje, a teraz norma – opowiada Gagik. – Często jestem zaczepiany na przystankach autobusowych. Mówią: „Wypierdalaj z Polski”, „Co masz w plecaku? Ładunek wybuchowy?”, „Jebany muzułmanin”. Bez sensu, jestem Gruzinem. Dwa tygodnie temu jechałem z bratem tramwajem. Facet – bo to najczęściej są mężczyźni – mówi: „Co się gapisz? Co się, brudasie, pchasz? Wypierdalaj, nie ma tu dla ciebie miejsca”. W sklepie stoją za mną dwie dziewczyny i chłopak. Słyszę zza pleców: „Ej, patrz, co ten ciapaty sobie kupuje”.

– Co wtedy czujesz?

– Upokorzenie. Frustrację, wściekłość i bezradność. Czuję się sam. I zaczynam nienawidzić siebie.

– Siebie?

– Tak, przez chwilę. Zastanawiam się, co tu robię. I innych też zaczynam nienawidzić, że na to pozwalają. To mija, ale dzień mam zepsuty. Taka jest codzienność, muszę się do niej zaadaptować. Mam taką strategię: w razie czego albo ignoruję, albo uciekam.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej