PRZECZYTAJ TAKŻE: Na kursie odwagi cywilnej: on bluzga, ja się uśmiecham

Tramwaj we Wrocławiu, metro w Warszawie, autobus w Łodzi, ulica w centrum Poznania, plac w Lublinie. Kolejne nagłówki jak ciosy w podbrzusze: „zwyzywana...”, „pobity...”, „opluci...”. Obywatel Kataru uderzony na ulicy, bo jego żona nie chce zdjąć chusty. Obywatel Chile, „bo wygląda na Araba”. Palestyńczyk, student łódzkiej Filmówki, słyszy w sklepie: „Zajebię cię, brudasie”. I tak dalej, i tak dalej. Gdy kończę pisać tekst, czytam kolejny nagłówek – o ataku na 14-latkę z Turcji. A to jedynie fragment rzeczywistości, który przelał się do gazet i do sieci. Jest jeszcze milcząca codzienność.

I milczący świadkowie – miejsca ataków to najczęściej miejsca publiczne, place, tramwaje, autobusy. Są pasażerowie, przechodnie, ludzie w kolejce. Wpatrzeni w okna tramwaju, w fakturę chodnika, w witryny sklepowe.
Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej