Helena Pilejczyk - ur. w 1931 r. w Zieluniu koło Mławy. Brązowa medalistka igrzysk olimpijskich w łyżwiarstwie szybkim na dystansie 1500 m w Squaw Valley w 1960 r. Jej koleżanka z drużyny Elwira Seroczyńska w tej samej konkurencji wywalczyła srebro. To?były pierwsze medale na zimowej olimpiadzie dla Polek. Na kolejny kobiecy medal na igrzyskach zimowych czekaliśmy aż 46 lat, kiedy to w 2006 r. Justyna Kowalczyk zdobyła brąz w biegu na 30 km techniką dowolną. Helena Pilejczyk zdobyła także 39 tytułów Mistrzyni Polski, ustanowiła 42?rekordy Polski, jest trenerem klasy mistrzowskiej. Łyżwiarstwo szybkie uprawiała do 2002 r.

HELENA PILEJCZYK: Proszę popatrzeć, jakie mam krzywe ręce. To dlatego, że grałam w siatkówkę piłką przeznaczoną do piłki nożnej. Ciężką, sznurowaną. Jak dodatkowo nasiąkła wodą albo jak chłopcy ścinali i się odbierało, to było straszne obciążenie dla stawów. No, ale ja to lubiłam. Chociaż mama nie pozwalała mi uprawiać sportu. Cały czas mówiła, że jestem słaba, wątła. A ja w sukience grałam i wyrywałam rękawy, bo jak się serwowało, od razu szwy pod pachami pękały.

ANNA SULIŃSKA: Dlaczego mama tak się o panią martwiła?

– Mama bardzo chorowała w ciąży. I ja urodziłam się z wagą kilo dziewięćdziesiąt. Od razu mnie więc ochrzcili, bo takie dzieci w 1931 roku rzadko przeżywały. Stwierdzili też, że trzeba mnie zahartować. Mama otwierała okno, a ja się urodziłam w kwietniu, kiedy dni są jeszcze chłodnawe, i kładła mnie w beciku na parapecie. Byłam najmłodsza z pięciorga rodzeństwa.

Zawsze miałam niedowagę, więc poza tym hartowaniem chuchano na mnie i dmuchano i nie ganiano do żadnej pracy. Ale ja byłam bardzo żywym dzieckiem. Wszystko mnie interesowało. Najlepsze było taplanie się w błocie, potem wchodzenie na drzewa.

Dziś, w wieku 86 lat, nadal ma pani mnóstwo energii. Jeździ jeszcze pani czasem na łyżwach?

– Oczywiście, odgrażam się, że jeszcze będę jeździć, ale w tej chwili mam sztuczne i kolano, i biodro. Śmieję się, że niedługo cyborgiem zostanę. Ale chcę jeszcze spróbować. Choć ścigać się już raczej nie będę.

Kiedy ostatnio się pani ścigała?

– To było w 2002 roku w Hamar w Norwegii, na zawodach seniorów. Miałam wtedy ponad 70 lat. Ale ja w ogóle nie przywiązuję wagi do tych zawodów, nie chwalę się nimi. Ktoś powie, że to też mistrzostwa. No tak, ale to już jest inna ranga. Poza tym im starsza grupa wiekowa, tym mniej zawodników startuje, wiadomo, choroby i ludzie się wykruszają, a tytuły się przyznaje. Właściwie to bardzo źle mi się wtedy jeździło.

Z powodu wieku?

– A gdzie tam! Przede wszystkim wówczas w Elblągu za bardzo nie miałam gdzie trenować, bo do zeszłego roku nie było w mieście toru do jazdy szybkiej na łyżwach. A na samych zawodach praktycznie nie miałam konkurencji. No i zmieniłam łyżwy na „klapy”.

Klapy?

– Nowoczesne łyżwy z ruchomą piętą. Zmieniłam, zapominając, że 40 lat jeździłam na tradycyjnych, a to zupełnie inna technika jazdy.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej